|
|
You are viewing the most recent 9 entries.
24th May 2007
12:13am: Niepokoje i przemyślenia, czyli po drugiej stronie.
Dlaczego postanowiłam spisać swoje przemyślenia na temat tłumaczeń? I dlaczego teraz, kiedy nie mam jeszcze dużego doświadczenia? Ano dlatego, że jeszcze dwa lata temu obiema nogami stałam po tamtej stronie barykady - byłam tylko i wyłącznie czytelnikiem przekładów - a choć teraz mam wyrobione zdanie w kilku kwestiach dotyczących translacji, dobrze pamiętam co dziwiło mnie lub złościło jako odbiorcę. Zaczynam powoli zapominać, jak to jest, nieskalanym okiem przebiegać linijki tłumaczonego tekstu, a chciałabym zachować jak największy obiektywizm, bo jestem przekonana, że w mojej pracy służy on czytelnikowi. Niewykluczone, że za jakiś czas podejmę ten temat ponownie i wtedy dobrze będzie porównać, jak zmieniały się moje opinie. Zastanawiałam się, czy publikacja tego nie przyniesie mi szkody – kto wie jakie będą moje przekonania za kilka lat – ale z drugiej strony, jestem świadoma niedoskonałości mojej pracy teraz, nie boje się też zmieniać zdania, jeśli przekonają mnie do tego odpowiednie argumenty. Wiec nawet jeśli przyjęte przez mnie założenia zmienią się z czasem, to cóż, taka chyba właśnie jest kolej rzeczy. Ilu tłumaczy, tyle wersji Tłumacz to nie mechaniczny translator, a przekład to nie kopia tego samego tekstu w innym języku, lecz raczej replika dzieła, stworzona przez inną osobę. Gdyby wynaleziono farby, gdzie każdy kolor miałby odczuwalnie inną temperaturę, zapewne powstałyby obrazy dla niewidomych. Dla mnie praca tłumacza wygląda jak praca malarza, który kopiowałby ręcznie zwykły obraz na malowany właśnie takimi farbami. Obraz ten powinien być na pierwszy rzut oka identyczny z oryginałem – wzbudzać te same uczucia, zawierać te same odcienie, tworzyć taką samą kompozycję, posiadać tę samą energię - a przecież jednocześnie różniłby się ze względu na inne materiały, technikę wykonania i oczywiście osobę, która go namalowała. Choć rola tłumacza postrzegana jest chyba jako raczej odtwórcza, każdy przekład nosi piętno osoby, która nad nim pracowała. Ponieważ tłumacz jest w pierwszej fazie odbiorcą, przekazuje dalej to, co sam zrozumiał. O ile same słowa nie stanową problemu – w ich doborze liczy się raczej wyczucie językowe - to pozostaje jeszcze oddanie wszelkich warstw emocjonalnych. A to, co czujemy czytając książkę, jest swoiste dla każdego czytelnika. Przekład więc jest obrazem uzyskanym za pomocą swego rodzaju siatki dyfrakcyjnej, którą stanowi tłumacz. Tu decydujące znaczenie ma czynnik ludzki – tłumacz postrzega świat przez pryzmat swoich doświadczeń, przekonań, poczucia estetyki, wiedzy, a nawet chwilowych nastrojów. Nikt nie jest do końca obiektywny. Na jego myśli ma wpływ całe dotychczasowe życie, splot wydarzeń, który jest jedyny w swoim rodzaju i właściwy tylko jemu. Tym samym, jeśli jeden fragment tekstu przetłumaczy kilka osób, efekty końcowe będą się zwykle różnić. Nie ma sensu podnosić kwestii, który przekład - pomijając oczywiście błędy translacyjne, gramatyczne czy stylistyczne - będzie lepszy czy gorszy. Każdy z nich będzie po prostu wynikiem subiektywnego odbioru tłumacza, a czytelnicy ocenią je na podstawie własnych wrażeń oraz oczekiwań. Ja, na przykład, zwracam uwagę na dobór słów, rytmikę wewnątrz zdań, ktoś inny będzie szukał w tłumaczeniu jak najbardziej wiernego oddania formy, a znam też osoby, którym nie podoba się, że tłumacz jest za mało dosłowny. Owszem, posługując się skrótem myślowym, sama swego czasu wydawałam opinie typu „to tłumaczenie jest fatalne”. Ale nawet wtedy, był to tylko skrót myślowy. A raczej bezmyślowy. Bo nigdy głębiej się nie zastanawiałam nad tym, dlaczego akurat to, a nie inne tłumaczenie wydaje mi się „złe”. Teraz, kiedy jestem po drugiej stronie i sama zmagam się z problemami przekładu, zanim wyrobię sobie opinie na jego temat, rozważam powody, dla których tłumacz podjął taką a nie inną decyzję. Oczywiście najchętniej wysłuchałabym argumentów tłumacza, ale nie miałam okazji rozmawiać z twórcą przekładu, który bym znała. Nikt nie jest doskonały Mam wrażenie, że definicji „przekładu idealnego”, byłoby tyle, ilu definiujących. Zresztą wyrażenie to jest samo w sobie paradoksem, bo przecież ideał z zasady jest czymś niedoścignionym, a więc przekład idealny nie istnieje. Ale moje dywagacje dotyczą przeciętnych, zwykłych tłumaczeń. Praca z redaktorem nauczyła mnie pokory. Nigdy nie uważałam, że akurat moje prace są lepsze niż innych, ale w swej pysze miałam nadzieję, że unikam kardynalnych błędów. Otóż nie. Na początku bardzo się stresowałam zarzutami mojej redaktorki, szczególnie, jeśli po ponownym sprawdzeniu okazywało się, że faktycznie popełniłam pomyłkę, używając niewłaściwego słowa. Podczas tłumaczenia pierwszej książki śniłam koszmary, w których szperając po Internecie, odkrywałam całe witryny poświecone błędom w moich przekładach. Popadłam niemal w manię prześladowczą, wyobrażając sobie tłumy purystów tłumaczeniowych, ścigających mnie niczym furie po ulicach miasta, wyśmiewających marne efekty mojej pracy i wyrażających swe niezadowolenie z pomocą plonów w daleko posuniętym stopniu rozkładu. Inne moje wizje były równie przerażające, a w każdej, za przekręcenia najmniej ważnego słowa, doznawałam uszczerbku na zdrowiu. Później trochę uspokoiła mnie myśl, że skoro nie tłumaczę ani Szekspira, ani Tolkiena, to może żaden czytelnik nie będzie marnował drogiego plastiku, aby wysadzić moje mieszkanie. (Nie żebym nie angażowała się w pracę nad „moimi” książkami tak samo, jak robiłabym to przy Szekspirze – po prostu wiem, że nie wszystkie dzieła osiągają taką samą popularność.) Każdy swój błąd analizowałam, żeby dojść jego przyczyny. Najczęściej okazywało się, że byłam nieuważna – coś przegapiłam, zasugerowałam się jakimś zdaniem i w roztargnieniu, zamiast dokładnie sprawdzić je w oryginale, przyjmowałam, że brzmi tak, jak je zapamiętałam. Albo byłam zwyczajnie zmęczona. Albo zrobiłam literówkę, w wyniku której wyraz, czy całe zdanie, zmieniały znaczenie. Albo po prostu nie miałam pojęcia co też autor miał na myśli i nie trafiłam przy doborze słowa (a takie rzeczy wychodzą często w n-tym tomie serii na przykład). Czasami, patrząc na wyraz po angielsku, widziałam zupełnie co innego. Myślę, że wszystkie błędy powstają z podobnych przyczyn. Człowiek jest istotą zawodną, i tyle. Jak widzę ośmiuset stronicową cegłę, to omyłka typu „brud” zamiast „ziemia” czy „pył” czy „gleba”, nie wydaje mi się straszliwą zbrodnią. Przynajmniej u innych. Dopuszczam też inną możliwość – tłumaczowi brakuje chwilowo jakiegoś słowa i, z zamiarem późniejszego poprawienia, wpisuje pierwsze, jakie przychodzi mu do głowy, a potem najzwyczajniej w świecie o tym zapomina. Nawet najlepsi miewają gorsze dni. Zdarza się też podejmować mniej trafne – w opinii innych – wybory. Niektórzy wynik takich rozstrzygnięć także uznają za błąd w sztuce, choć niewykluczone, że tłumacz ma dobre argumenty na poparcie swojej decyzji. Pozostaje jeszcze kwestia redakcji i korekty. Jestem daleka od twierdzenia, że tłumacz może napisać tekst polski byle jak. Spaliłabym się ze wstydu oddając do redakcji pracę, której wcześniej sama nie poprawiłam. I tak mocno przeżywam każde zaznaczone na czerwono zdanie. Ale doszły mnie słuchy, że niektórzy tłumacze nie mają możliwości autoryzowania poprawek po redakcji. To uważam za rzecz niesłychaną. W końcu to tłumacz ma kontakt z oryginałem, a osobie poprawiającej zdarza się nieświadomie tak coś zmienić w konstrukcji zdania, że traci ono pierwotny sens. No i jeszcze jedno. Tłumacz jest jeden, ma do pomocy najwyżej dwie trzy osoby, które poprawiają jego tekst. A czytelników, którzy wyłapują błędy, jest co najmniej kilkudziesięciu - przy takiej proporcji łatwiej im wyszukać pomyłki. Wydaje mi się, że gdybym mogła pracować nad tłumaczeniem dwadzieścia lat, to może w efekcie nie zawierałoby ono błędów. Choć z drugiej strony, przypomina mi się opowiadanie Balzaca "Nieznane arcydzieło" i nie jestem pewna, czy taki tekst, po dwudziestu latach, dałoby się w ogóle odcyfrować. Oczywiście w żaden sposób nie chcę siebie usprawiedliwiać, ale chyba po prostu trzeba się pogodzić z tym, że człowiek jest istotą niedoskonałą, choć - jeśli chodzi o translację – o wiele doskonalszą niż maszyna. Zmora, czyli Stone Nazwy, imiona, przezwiska. To prawdziwa zmora. Przynajmniej moja. Poczynając od tego, że część czytelników uważa tłumaczenie ich wręcz za błąd (niedawno spotkałam się z taką opinią w jednym z artykułów w internecie), a kończąc na tym, że wiele z nich, na pierwszy rzut oka, sprawia wrażenie nieprzetłumaczalnych. Osobiście jestem zwolenniczką tłumaczenia wszystkich nazw, które mają jakieś konotacje. Jeśli autor nazwał swoich bohaterów: Szczurek, Myszka, Wiewiórka, Chomik, to widocznie konwencja ta jest celowa. Wiem, że językiem angielskim włada sporo osób i pewnie zrozumiałby one znaczenie tych imion, ale uważam, że zadaniem tłumacza jest przybliżenie dzieła tym czytelnikom, którzy nie potrafią przeczytać go w oryginale. Zakładam więc, że tłumaczę dla kogoś, kto w ogóle angielskiego nie zna. Do przekładu nazw przekonało mnie czytanie polskiej literatury. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, uznając pewne rzeczy za naturalne, ale nie sądzę, żeby autor, nadając bohaterowi imię Kamień, zrobił to przypadkiem. A tym bardziej, jeśli nadał zamkowi miano Krwawego Fortu, albo czegoś w tym rodzaju. Potwierdzają to także moje dotychczasowe doświadczenia. Miałam kiedyś naprawdę poważny problem z nazwami krain w pewnej książce. Na początku trudno mi było znaleźć nawet polskie odpowiedniki słów. W końcu udało mi się – byłam z siebie bardzo dumna i zdążyłam zrobić doktorat z materiałoznawstwa, bo twórca sięgnął akurat po nazwy tkanin. Moje zadowolenie jednak stopniało, gdy, po skontaktowaniu się z autorem, otrzymałam szczegółowe wyjaśnienia. Okazało się, że faktycznie, były to nazwy tkanin, ale zostały użyte tylko ze względu na brzmienie. To oczywiście zmieniało postać rzeczy i trzeba było tkaniny zastąpić czymś innym. Naturalnie książki są różne, podobnie jak różne są zamysły pisarzy. Dlatego nie chcę generalizować i upierać się, że trzeba nazwy tłumaczyć za każdym razem. Aczkolwiek czasem celowe jest nawet spolszczenie zwykłych imion – zrobienie Katarzyny z Catherine czy Jana z Johny’ego. Pisarze bardzo często stosują znaczące nazwy – szczególnie w przypadku fantastyki czy książek dla dzieci, a także beletrystyki historycznej (przydomki). Nie wyobrażam sobie, żeby młodego czytelnika zagranicznego pozbawić możliwości zrozumienia imienia głównego bohatera w Legendzie o Szewczyku Dratewce. Albo ograbić ze skojarzenia, jakim byłoby nadanie wioskowemu kowalowi nazwiska „Młotowski” czy „Kowadłowicz”. Według mnie, w każdym z podobnych przypadków wypada odbiorcy zapewnić jakiś odpowiednik. Oczywiście pozostaje sprawa niezadowolenia czytelnika, szczególnie, jeśli tekst był tłumaczony wcześniej przez kogoś innego i pewne nazwy utrwaliły się już w umysłach odbiorców. Przypuszczam, że miałabym wątpliwości, czy w takim przypadku je zmieniać, a juz na pewno nie ośmieliłabym się tego zrobić, gdyby były naprawdę trafnie dobrane. Nie jestem natomiast przekonana do połowicznego tłumaczenia nazw. Oczywiście bywa tak, że jedna zatoka nazywa się Green Bay, a druga Umbunutu i wtedy tę drugą trzeba zostawić bez zmian, ale jeśli obie mają przetłumaczalne nazwy, to moim zdaniem, należy spolszczyć obie. Dziwnie wyglądałaby para, gdyby On nazywał się Jamowiec, a jego partnerka Deepdowndig. Zdarza się też tak, że nazwy zostały przez autora wymyślone, nie niosą z sobą przesłania. Ale za to nieciekawie brzmią po polsku. Czasem wystarczy nadać im polską końcówkę, nie zmieniając trzonu – powiedzmy Mertia na Mercja. Łatwiej się taką nazwę odmienia. (To nie znaczy oczywiście, że przechrzciłabym Nemezis na Nemezę. Chyba że tłumaczyłabym wiersz i byłoby to konieczne do uzyskania jakiegoś wyrafinowanego rymu. Nemezis funkcjonuje w naszym słowniku w niezmienionej formie już od kilku wieków, wiec w ogóle nie powinnam się nad tym zastanawiać, ale tak mi się skojarzyło. A swoją drogą, mam wrażenie, że gdyby pierwsi tłumacze zrobili z niej Nemezę, byłoby to dla nas tak naturalne, że nikt by tego nie zauważał. W końcu mamy Izydę miast Isis i nie słyszałam, żeby ktokolwiek podnosił tę kwestię.) Bywa jednak, że warto taką nazwę zastąpić. Tak na przykład stało się w przypadku Kubusia Puchatka, który nie był Kubusiem, a drugi człon nazwy wcale nie odnosił się do puchatości. A także Kunegundy, z „Rękawiczki” Schillera, którą nasz wieszcz przemianował na Martę. W każdym razie widać, że tłumacze stosują takie zabiegi i według mnie, czasem wychodzi to tekstowi na dobre. Wierność autorowi czy lojalność wobec czytelnika Z powodu niezaprzeczalnych różnic pomiędzy językami, nie tylko na poziomie słów czy gramatyki, ale także w warstwie stylistycznej, czasem trzeba zadecydować czy tłumaczony fragment pozostawić w formie najbliżej oryginałowi, czy też zrezygnować z niej na rzecz urody stylistycznej. Oczywiście bezdyskusyjna jest jak dla mnie kwestia zachowania sensu. A jednak te same zdania można skonstruować na wiele sposobów, nie naruszając przy tym treści i nastroju, jakie chciał przekazać autor. Zawsze, gdy biorę do ręki tekst, który mam tłumaczyć (choć jak na początkującego tłumacza przystało, nie pracowałam dotąd nad wieloma oficjalnymi przekładami), staram się postawić w pozycji autora. (Zaczynam się martwic o spójność mojego umysłu – myśleć jak autor, tłumacz, czytelnik, i to wszystko jednocześnie!) Oczywiście moje założenia opierają się na własnych przekonaniach i poglądach, bo nie jestem w stanie wejść w skórę człowieka, z którym zamieniłam kilka słów, lub w ogóle nie rozmawiałam. To są moje subiektywne odczucia, lecz myślę, że gdybym napisała książkę czy opowiadanie, zależałoby mi na tym, aby tłumacz postarał się uzyskać efekt, za pomocą którego przekład wzbudzałby w odbiorcy te same uczucia co oryginał; żeby, za pomocą innych środków stworzył jak najwierniejsze odbicie emocji, które starałam się zawrzeć w tekście. Ponieważ każdy obiera własną drogę i wypracowuje sobie charakterystyczny sposób translacji, musi zastanowić się nad poszczególnymi zagadnieniami i z każdego wybrać rozwiązanie, które uważa za najlepsze w danym przypadku. Do jak najwierniejszego przekładu można dążyć kilkoma sposobami. Należy więc, moim zdaniem, przede wszystkim wybrać miarę, jaką będziemy się posługiwać. Dla mnie miarą tą jest reakcja czytelnika. Oczywiście nie jestem w stanie przewidzieć, jak na dany tekst zareaguje każda osoba, ale ponieważ w kwestii odczuć poszczególnych jednostek obiektywizm jest niemożliwy, staram się pilnować, żeby mój własny osąd niektórych spraw miał jak najmniejszy wpływ na efekt końcowy pracy. Nie potrafię ocenić jak mi to wychodzi, ale wystarczyłoby mi, aby osoba czytająca przetłumaczoną przeze mnie książkę robiła to jednym tchem - nie grzebiąc w słownikach, nie zastanawiając się nad poprawnością stylistyczną jakiegoś fragmentu i nie sprawdzając zgodności z oryginałem. Bardzo cenię sobie możliwość współpracy z autorem – taki kontakt z twórcą potrafi rozwiać wiele wątpliwości, które nie tyle są związanie z nieznajomością języka, co raczej niepewnością „co autor miał na myśli”. Dyskusja z pisarzem daje mi też szansę upewnienia się co do zasadności zmian, które jestem zmuszona wprowadzić, a także zyskać gwarancję, że odpowiadają one twórcy. Różnice kulturowe to kolejny powód, dla którego tak ważne jest dla mnie określenie priorytetowej „miary” przekładu. Coś, co bawi Amerykanów, może być zupełnie inaczej odebrane przez Polaków. Osobiście, nie widzę sensu dosłownego tłumaczenia dowcipu politycznego, którego pointa odnosi się do realiów obcego kraju. To nie tak, że nie doceniam „swojego” czytelnika, odmawiając mu znajomości tła obyczajowego czy społecznego innych krajów. Po prostu, odczytując taką dykteryjkę, będzie się on skupiał na innych kwestiach, niż te, które leżały w zamierzeniu autora. Preferując więc komfort odbiorcy, wolę odejść od pierwowzoru zastępując go czymś (o możliwie najbardziej zbliżonej wymowie), co bawiłoby Polaka w równym stopniu, jak dowcip oryginalny - Amerykanina. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o wybór pomiędzy zgodnością formy odautorskiej a upodobnieniem odbioru na płaszczyźnie intelektualnej i emocjonalnej, zdecydowana jestem dążyć do tego drugiego. Zdecydowałam opatrzyć mój wczorajszy słowotok wstępem i umieścić go w Nocniku. Kto wie, może ktoś zechce podyskutować na temat moich przemyśleń. Gorąco zapraszam. Po godzinie 22.00.
19th February 2007
2:42pm: Lista Postanowień Wszechwładcy Wszelkiego Zła [Tłumaczenie]
Postanowiłam po raz pierwszy opublikować swoje tłumaczenie gdzieś poza Forum Mirriel. I oto ono: Autor: Peter Anspach Link do oryginału: http://www.eviloverlord.com/lists/overlord.html Tłumaczenie: NocnaMaraNM Beta: Susie Zgoda: Ogólna, pod warunkiem zamieszczenia noty o prawach autorskich (nie tłumaczona, znajduje się na końcu tekstu). Do wszystkich Początkujących Władców Zła: Wbrew powszechnym przekonaniom, przejmowanie władzy nad światem nie jest tak proste, jak może wydać się na pierwszy rzut oka. Peter żałuje, że ze względu na złożoność tego zadania, nie jest aktualnie w stanie poświęcić liście tyle uwagi, na ile faktycznie zasługuje. Dlatego właśnie praca nad nią zostaje chwilowo zawieszona. To sytuacja tymczasowa. Dopóki Peter nie będzie miał możliwości odpowiadać na sugestie w porę, lub póki nie stanie się niekwestionowanym panem i władcą wszystkiego – co zapewne nastąpi wcześniej – spis nie będzie uzupełniany, a nowe propozycje rozważane. Szczerze przeprosiłby za te niedogodności, lecz rzecz taka nie leży w naturze Władcy Zła. Kariera Władcy Zła wydaje się być trafnym wyborem życiowym. Zajęcie jest dobrze płatne, gwarantuje wszelkie dodatki, świadczenia i można ustalić sobie indywidualny grafik godzin pracy. Aczkolwiek każdy Wszechwładca Wszelkiego Zła, o którym czytałem, lub którego widziałem w filmach, niezmiennie zostaje na końcu pozbawiony władzy i zgładzony. Zauważyłem, że bez względu na to czy są oni barbarzyńskimi wodzami, obłąkanymi magami, szalonymi naukowcami, czy najeźdźcami z kosmosu, zawsze wydają się popełniać te same błędy. Mając to na uwadze, pozwólcie, że zaprezentuję wam... Listę 100 Rzeczy, Które Zrobię, Jeśli Kiedyś Zostanę Wszechwładcą Wszelkiego ZłaZaopatrzę swoje Legiony Terroru w hełmy z przeźroczystą przyłbicą z pleksiglasu, a nie wizjerem całkowicie zasłaniającym twarz. Moje przewody wentylacyjne będą zbyt małe, by ktoś mógł się nimi przeczołgać. Moi wrogowie są warci kuli. Mojego szlachetnie urodzonego przyrodniego brata, któremu bezprawnie odebrałem tron, zabiję od razu zamiast trzymać go jako anonimowego więźnia w zapomnianej celi w moich lochach. Artefaktu, który jest źródłem mojej mocy, nie będę trzymał w Górach Rozpaczy za Rzeką Ognistą pod strażą Smoków Wieczności. Będę przechowywał go w skrytce depozytowej, podobnie, jak jedyny przedmiot, który stanowi mój jedyny słaby punkt. Nie będę chełpił się przed wrogami w tarapatach, zanim ich zabiję. Kiedy dostanę przeciwnika w swoje ręce i on powie: „Słuchaj, zanim mnie zabijesz, wyjaśnij mi przynajmniej o co w tym wszystkim chodzi”, odpowiem „Nie” i zastrzelę go. Albo nie, po namyśle doszedłem do wniosku, że najpierw go zastrzelę, a potem powiem „Nie”. Po porwaniu pięknej księżniczki, ożenię się z nią natychmiast, biorąc cichy ślub cywilny, a nie na wystawnej ceremonii za trzy tygodnie, podczas której wejdzie w życie końcowa faza mojego planu. Nie zamontuję mechanizmu samozniszczenia, chyba, że będzie to absolutnie koniecznie. Jeśli zajdzie taka konieczność, przycisk rozpoczynający sekwencję samozniszczenia nie będzie dużym, czerwonym guzikiem z napisem „Ostrożnie. Nie przyciskać”. Taki duży czerwony guzik oznaczony napisem „Nie przyciskać” zasypie gradem kul każdego, kto okaże się na tyle głupi, by zlekceważyć ostrzeżenie. Dźwignia „Włącz/Wyłącz” nie będzie w ogóle podpisana. Nie będę przesłuchiwał wrogów w moim azylu – mały hotelik z dala od granic moich włości zupełnie wystarczy. Będę pewny swojej przewagi. Dzięki temu nie będę czuł potrzeby udowadniania jej przez dawanie wskazówek w formie zagadek lub zostawianie moich mniej niebezpiecznych wrogów przy życiu dla okazania, że nie stanowią dla mnie zagrożenia. Jednym z moich doradców uczynię zwyczajnego pięciolatka. Wszystkie defekty planu, które on wskaże, skoryguję jeszcze przed podjęciem akcji. Każdego zgładzanego wroga poddam kremacji, a przynajmniej właduję w niego kilka magazynków amunicji – nie zostawię żadnego, żeby umierał u stóp urwiska. Ogłoszenie ich śmierci, podobnie jak towarzyszące temu świętowanie, odłożę do chwili aż szczątki wyżej wymienionych zostaną całkowicie zutylizowane. Bohater nie będzie miał prawa do ostatniego pocałunku, papierosa czy innej formy ostatniego życzenia. Nigdy nie wykorzystam żadnego urządzenia z cyfrowym odliczaniem. Jeśli okaże się, że użycie czegoś takiego jest absolutnie nieuniknione, nastawię go tak, by aktywowało się, gdy licznik dojdzie do cyfry 117, a bohater dopiero zabiera się do realizacji swojego pomysłu na jego zatrzymanie. Nigdy nie wypowiem zdania: „Ale zanim umrzesz, chcę, żebyś coś wiedział”. Jeśli zatrudnię doradców, czasem będę słuchał ich rad. Nie będę miał syna. Chociaż jego śmieszne, nieudolnie zaplanowane próby odebrania mi władzy i tak szybko spełzłyby na niczym, to mogłyby spowodować poważne zakłócenia w jakimś krytycznym momencie. Nie będę miał córki. Mogłaby być równie zła jak piękna, ale jedno spojrzenie na surową, męską twarz bohatera, a zdradziłaby własnego ojca. Chociaż dowiedziono, że pomaga to rozładować stres, nie będę pozwalał sobie na wybuchy szalonego śmiechu. W trakcie tej czynności zbyt łatwo przeoczyć niespodziewany rozwój wypadków, który bardziej uważna osoba mogłaby wykorzystać odpowiednio do okoliczności. Zatrudnię utalentowanego projektanta mody, aby opracował dla moich Legionów Terroru porządne mundury, a nie jakieś tanie podróby, w których wyglądaliby jak nazistowskie szturmówki, piechota rzymska czy dzikie mongolskie hordy. Wszyscy oni zostali pokonani, a ja chcę, żeby moje oddziały miały bardziej pozytywne nastawienie. Bez względu na to, jak bardzo kusi mnie perspektywa nieograniczonej władzy, nie wchłonę żadnego pola energii większego niż moja głowa. Będę miał specjalny, tajny skład tradycyjnej broni i wyszkolę moje oddziały w posługiwaniu się nią. W ten sposób, nawet jeśli bohaterowi uda się odłączyć mój generator mocy i/lub unieszkodliwić standartową broń zasilaną energią, moje oddziały nie zostaną pokonane przez bandę dzikusów uzbrojonych w włócznie i kamienie. Zachowam trzeźwą ocenę własnej potęgi i słabości. Chociaż odbiera to część frajdy, nigdy nie powiem „ Nie, to niemożliwe! JESTEM NIEZWYCIĘŻONY!!!” (Po tym zwykle następuje natychmiastowa śmierć). Bez względu na to, jak doskonale by się sprawiała, nigdy nie skonstruuję machiny, która jest absolutnie niezniszczalna, chyba, że znajdzie się jej jedyny mały i w zasadzie niedostępny słaby punkt. Bez względu na to jak atrakcyjni są niektórzy buntownicy, istnieje zapewne równie atrakcyjna osoba, która nie zamierza mnie zabić. Dlatego dwa razy pomyślę, zanim rozkażę przyprowadzić więźnia do mojej komnaty. Nigdy nie będę miał niczego ważnego tylko w jednym egzemplarzu. Wszystkie istotne systemy będą posiadały dodatkowe panele kontrolne oraz rezerwowe źródło zasilania. Podobnie, zawsze będę nosił przy sobie przynajmniej dwie sztuki naładowanej broni. Mój potwór – pupilek będzie trzymany w odpowiednio zabezpieczonej klatce, z której nie uda mu się uciec i do której nie będę mógł przypadkiem wpaść. Będę ubierał się w jasne i wesołe kolory – dzięki temu zdezorientuję swoich wrogów. Wszyscy niewydarzeni iluzjoniści, niezdarni giermkowie, mierni bardowie i tchórzliwi złodzieje zamieszkujący moje ziemie, zostaną prewencyjnie skazani na śmierć. Moi wrogowie zapewne porzucą swoje zamiary i zrezygnują z misji, jeśli zabraknie im źródła kandydatów na komicznych pomagierów. Wszystkie naiwne, cycate dziewki z tawern w moim świecie zostaną zastąpione opryskliwymi, zmęczonymi życiem kelnerkami, które nie zapewnią nieoczekiwanej pomocy i/lub nie wplątają się w romans z bohaterem albo jego pomagierem. Nie wpadnę w amok i nie zabiję posłańca, który przyniesie mi ważną wiadomość tylko po to, żeby pokazać, jaki to ja nie jestem zły. Ciężko jest znaleźć dobrych posłańców. Nie będę wymagał, by wysokiej rangi członkinie mojej organizacji nosiły gorseciki ze stali nierdzewnej. Przy bardziej swobodnych uniformach korporacyjnych, morale są wyższe. Podobnie, stroje uszyte w całości z czarnej skóry, będą zarezerwowane tylko na oficjalne okazje. Nie zamienię się w węża. To nigdy nie pomaga. Nie zapuszczę koziej bródki. W dawnych czasach nadawały diaboliczny wygląd. Dzisiaj nadają wygląd malkontenta z generacji X. Nie umieszczę członków jednej grupy w tej samej części więzienia, a tym bardziej w jednej celi. Jeśli będą to ważni więźniowie, zatrzymam jedyny klucz do ich cel, zamiast dawać ich kopie każdemu byle strażnikowi. Jeśli mój zaufany oficer powie, że moje Legiony Terroru przegrywają bitwę, uwierzę mu. W końcu jest moim zaufanym oficerem. Jeśli wróg, którego właśnie zgładziłem posiada jakiekolwiek rodzeństwo lub dzieci, odnajdę ich i natychmiast zabiję, zamiast czekać aż dorosną pielęgnując w sobie pragnienie zemsty i dopadną mnie na starość. Jeśli zajdzie absolutna konieczność, abym wziął osobisty udział w bitwie, nie pojadę do niej na czele moich Legionów Terroru, ani nie będę szukał przeciwnika pośród jego armii. Nie będę rycerski ani szlachetny. Posiadając niezwyciężoną superbroń nie będę trzymał jej w rezerwie, lecz używał tak szybko i tak często jak to możliwe. Gdy moja władza będzie ustabilizowana, zniszczę te wszystkie uciążliwe machiny do podróży w czasie. Gdy pojmę bohatera, złapię także jego psa, małpę, fretkę lub jakiekolwiek inne obrzydliwie słodkie zwierzątko, które byłoby w stanie pomóc mu uwolnić się z więzów czy zwędzić klucz. Zachowam sceptycyzm, gdy po złapaniu pięknej buntowniczki oświadczy ona, że pociąga ją moja władza oraz aparycja i chętnie zdradzi swoich towarzyszy, jeśli tylko dopuszczę ją do swych planów. Będę zatrudniał tylko tych łowców nagród, którzy pracują wyłącznie dla pieniędzy. Ci, którzy czerpią z tego przyjemność, mają w zwyczaju robić głupoty, jak na przykład wyrównywać szanse, dając przeciwnikowi sposobność wygranej. Upewnię się, że mam pełną świadomość tego, kto i za co odpowiada w mojej organizacji. Jeśli na przykład mój generał coś schrzani, nie dobędę broni i celując w niego nie powiem: „A to cena twojej porażki”, a potem nie odwrócę się nagle zabijając jakiegoś zwykłego żołnierza. Jeśli mój doradca powie: „Ale mój panie, to tylko jeden człowiek. Co jeden człowiek mógłby ci zrobić?” Odpowiem: „To” i zabiję doradcę. Jeśli dowiem się, że jakiś nieopierzony młokos podjął się zadania zniszczenia mnie, zabiję go póki jest nieopierzonym młokosem, nie czekając aż dorośnie i nabierze doświadczenia. Każdego potwora, pozostającego pod moją kontrolą z pomocą magii czy techniki, będę traktował grzecznie i z szacunkiem. Wtedy, nawet, jeśli stracę na nim kontrolę, nie zacznie mnie natychmiast ścigać, żeby się zemścić. Jeśli dowiem się, że istnieje jakiś artefakt, który może mnie zniszczyć, nie wyślę całej armii na jego poszukiwania. W zamian wyślę ich na poszukiwania czegoś innego, zaś sam po cichu zamieszczę drobne ogłoszenie w lokalnej gazecie. Mój główny komputer będzie miał własny system operacyjny, zupełnie niekompatybilny ze standartowymi laptopami IBM-a i Macintosha. Jeśli któryś ze strażników w moich lochach zacznie zdradzać zaniepokojenie złymi warunkami w celi pięknej księżniczki, bezzwłocznie przeniosę go na stanowisko, na którym nie będzie miał szans wykazywać się humanitaryzmem. Zatrudnię grupę dyplomowanych architektów oraz rzeczoznawców budowlanych, aby przebadali mój zamek i poinformowali mnie o wszystkich tajnych przejściach lub starych tunelach, o których mógłbym nie wiedzieć. Jeśli schwytana przeze mnie piękna księżniczka oświadczy: „Nigdy za ciebie nie wyjdę! Nigdy, słyszysz? NIGDY!!!”, odpowiem “No cóż, trudno.” I zabiję ją. Nie będę zawierał paktu z istotą demoniczną i próbował później wystrychnąć ją na dudka, tylko dlatego, że mam ochotę zrobić jej na złość. W moich Legionach Terroru znajdzie się miejsce dla zdeformowanych mutantów i ekscentrycznych psycholi. Jednakże zanim wyślę ich na ważną tajną misję, wymagającą taktu i subtelności, sprawdzę czy nie mam w swych oddziałach równie wykwalifikowanych osobników, którzy mniej zwracają na siebie uwagę. Wszyscy członkowie moich Legionów Terroru będą posiadali podstawowe umiejętności strzeleckie. Każdy, kto nie będzie w stanie nauczyć się trafiania do celu wielkości człowieka z odległości 10 metrów, sam posłuży za cel podczas ćwiczeń. Zanim wykorzystam jakikolwiek zdobyczny artefakt lub urządzenie, uważnie przeczytam instrukcję obsługi. Jeśli będę zmuszony do ucieczki, nigdy nie zatrzymam się, aby zrobić dramatyczną pozę i rzucić jakiś świetny bon mot. Nigdy nie stworzę sztucznej inteligencji inteligentniejszej ode mnie. Będę prosił mojego doradcę – pięciolatka, żeby spróbował złamać kod, którego zamierzam użyć. Jeśli uda mu się to w czasie krótszym niż trzydzieści sekund, nie zastosuję go. Uwaga: to samo tyczy się haseł. Jeśli moi doradcy zapytają: “Czemu ryzykujesz wszystkim, chcąc wprowadzić w życie tak szalony plan?”, nie wprowadzę planu w życie zanim nie znajdę odpowiedzi, która ich usatysfakcjonuje. Korytarze mej twierdzy zaprojektuję tak, żeby nie było w nich nisz lub wystających elementów, które intruzi mogliby wykorzystać jako osłonę w ogniu walki. Śmieci będą spalane w piecach, a nie miażdżone w zgniatarkach. Piece będą działały ciągle, bez tych idiotycznych przerw przepływu płomieni przez kominy w łatwo wyliczanych odstępach. Odwiedzę kompetentnego psychiatrę, aby wyleczyć się ze wszystkich, nawet najrzadszych fobii oraz najbardziej dziwacznych nałogów, które w różnych sytuacjach mogłoby okazać się dla mnie zgubne. Jeśli będę musiał posiadać system komputerowy z ogólnodostępnymi terminalami, na dostępnych w nich mapach mojej siedziby, wyraźnie zaznaczę pomieszczenie Głównej Sterowni. Tak naprawdę będzie to Cela Śmierci. Faktyczną sterownię opiszę jako Główny Kolektor Ścieków. Moja konsola systemu bezpieczeństwa tak naprawdę będzie skanerem odcisków palców. Każdy, kto podejrzy kolejność naciskania guzików lub oprószy ją pyłkiem żeby odnaleźć na niej ślady palców, a następnie spróbuje wejść powtarzając sekwencję, uruchomi alarm. Bez względu na to ile krótkich spięć nastąpi w naszym systemie, moi strażnicy zostaną poinstruowani, aby każdą awarię kamery traktować jako zagrożenie na najwyższą skalę. Oszczędzę kogoś, kto w przeszłości ocalił mi życie. To rozsądne, bo zachęca innych do robienia tego samego. Aczkolwiek zrobię to tylko jednokrotnie. Jeśli będą chcieli, bym uczynił to ponownie, niech lepiej uratują mnie jeszcze raz. Z mojej krainy zostaną wygnane wszystkie akuszerki. Każde dziecko ma przyjść na świat w jednym z państwowych szpitali. Sieroty będą natychmiast umieszczane w rodzinach zastępczych, nie zaś porzucane w lasach na wychowaniu dzikich zwierząt. Gdy moi strażnicy rozdzielą się na poszukiwanie intruzów, zawsze będą poruszać się w grupach, ostatecznie dwójkami. Będą tak wyszkoleni, że jeśli jeden z nich tajemniczo zniknie podczas patrolu, pozostali bezzwłocznie podniosą alarm i wezwą posiłki, zamiast ze zdumieniem zaglądać za róg. Jeśli zdecyduję się przetestować lojalność przybocznego, aby sprawdzić, czy może zostać zaufanym przybocznym, będę miał brygadę wyborowych strzelców w razie, gdyby okazało się, że jednak nie. Jeśli bohaterowie stojący wokół jakiegoś dziwnego urządzenia zaczną ze mnie drwić, zamiast moją niezwyciężoną superbronią, zniszczę ich bronią konwencjonalną. Nie zgodzę się puścić wolno bohaterów, gdy wygrają jakieś zawody, nawet, jeśli moi doradcy zapewnią mnie, że wygrana taka jest niemożliwa. Jeśli stworzę multimedialną prezentację, żeby mój doradca – pięciolatek łatwiej zrozumiał szczegóły planu, nie opatrzę dyskietki etykietą „Projekt Wszechwładca” i nie zostawię jej gdzieś na wierzchu. Pouczę moje Legiony Terroru, że mają atakować bohatera wszyscy razem, a nie stać wokół czekając, aż ktoś się wyłamie i zaatakuje w pojedynkę lub we dwóch. Jeśli bohater wybiegnie na mój dach, nie popędzę tam i nie zacznę się z nim szarpać usiłując zepchnąć go na dół. Nie będę z nim także walczył na krawędzi urwiska. (O potyczce na środku linowego mostu wiszącego nad rzeką płynnej lawy, nie warto nawet wspominać.) Jeśli mi chwilowo odbije i dam bohaterowi szansę na odmowę przyjęcia u mnie posady zaufanego przybocznego, zachowam na tyle rozsądku, by nie składać takiej oferty dopóki mój dotychczasowy zaufany przyboczny nie znajdzie się poza zasięgiem głosu. Nie powiem moim Legionom Terroru „Za wszelką cenę macie go wziąć żywcem!”. Rozkaz będzie brzmiał: „Postarajcie się wziąć go żywcem, pod warunkiem, że cena będzie rozsądna”. Jeśli przypadkiem moje urządzenie do zniszczenia świata okaże się posiadać przełącznik odwracający jego działanie, zaraz po tym jak zostanie on użyty, przetopię machinę na limitowaną serię pamiątkowych monet. Jeśli mojemu najsłabszemu oddziałowi nie uda się wyeliminować bohatera, natychmiast wyślę mój najlepszy oddział zamiast tracić czas na wysyłanie coraz lepszych w miarę, gdy bohater będzie się zbliżał do mojej fortecy. Gdy walcząc z bohaterem na ruchomej platformie rozbroję go i w chwili, kiedy będę chciał mu zadać śmiertelny cios on nagle padnie na płask, uczynię to samo zamiast odwracać się chcąc sprawdzić co też takiego zobaczył. Nie będę strzelał do żadnego z moich wrogów stojących przed główną belką nośną ciężkiej, niebezpiecznej, niestabilnej konstrukcji. Jeśli jedząc obiad z bohaterem wsypię mu truciznę do kieliszka i nagle będę musiał odejść od stołu, po powrocie zamiast zastanawiać się czy się z nim nie zamienić naczyniami, zamówię nowe napoje dla nas obu. Nie pozwolę więźniów jednej płci pilnować podwładnym płci przeciwnej. Nie wymyślę żadnego planu, którego ostatni krok jest niesamowicie skomplikowany, np. „Ustaw dwanaście Kamieni Mocy na uświęconym ołtarzu i aktywuj medalion w momencie całkowitego zaćmienia”. Pozostanę przy takich, których fazę końcową można zamknąć w zdaniu „Naciśnij guzik”. Upewnię się, że moje urządzenie do zniszczenia świata spełnia normy bezpiecznego użytkowania i jest odpowiednio uziemione. Moje kadzie z niebezpiecznymi chemikaliami poza godzinami pracy, zostaną przykryte. Na pewno także nie zbuduję pomostów do przechodzenia ponad nimi. Jeśli grupa najemników zawali jakieś zadanie, nie zbesztam ich najpierw za niekompetencję, a potem nie skieruję tej samej grupy do ponownego wykonania zadania. Gdy zawładnę superbronią bohatera nie rozwiążę moich legionów, ani nie pozwolę osobistym strażnikom na zmniejszenie czujności w przekonaniu, że ktokolwiek ją posiada jest niepokonany. W końcu bohater miał tę broń, a ja mu ją odebrałem. Nie zaprojektuję mojej głównej sterowni tak, żeby wszystkie stanowiska pracy były zwrócone tyłem do wejścia. Nie każę czekać posłańcowi, który zatacza się ze zmęczenia i jest wyraźnie poruszony, aż skończę ablucje czy rozrywkę, której się aktualnie oddaję. To może być coś ważnego. Rozmawiając z bohaterem przez telefon, nie będę z niego drwił. Zamiast tego zapewnię go, że jego upór oraz wytrwałość uświadomiła mi daremność moich złych postępków i że jeśli da mi kilka miesięcy spokoju na ciche przemyślenia, więcej niż prawdopodobnie nawrócę się na ścieżkę dobra. (Bohaterowie są niesamowicie naiwni pod tym względem.) Jeśli zdecyduję się na jednoczesną egzekucję bohatera oraz podwładnego, który zawiódł lub mnie zdradził, dopilnuję, by bohater został zgładzony w pierwszej kolejności. Podczas aresztowania zakładników, moi strażnicy nie pozwolą im zatrzymać się i zabrać ze sobą bezużytecznego świecidełka, które ma czysto sentymentalną wartość. Do obsługi lochów, będę posiadał własny zespół wykwalifikowanych medyków z ochroniarzami. W ten sposób, jeśli więzień zachoruje, a jego towarzysz z celi powie strażnikowi, że to nagły przypadek, ten, zamiast otwierać celę, żeby sprawdzić co się dzieje, od razu wezwie ekipę ratunkową. Tak zaprojektuję drzwi, że wysadzenie panelu kontrolnego na zewnątrz zablokuje je, zaś wysadzenie tego wewnątrz otworzy. Nie na odwrót. W moich celach nie będzie żadnych przedmiotów o lustrzanych powierzchniach ani niczego, co można byłoby spruć czy rozedrzeć Jeśli do mojej krainy wkroczy para atrakcyjnych, młodych ludzi, będę ich bacznie obserwował. Jeśli okaże się, że są szczęśliwi i zakochani, zostawię ich w spokoju. Jeśli jednak okoliczności zmusiły ich do przebywania ze sobą wbrew ich woli i cały czas kłócą się oraz wzajemnie krytykują, poza sporadycznymi momentami, gdy ocalają sobie życie i w tych chwilach zdradzają objawy napięcia seksualnego, natychmiast rozkażę ich zgładzić. Każdy plik zawierający dane o krytycznym znaczeniu zostanie powiększony do wielkości 1.45Mb. W końcu, aby utrzymać moich poddanych w permanentnym ogłupiającym transie, zapewnię każdemu z nich stały, nieograniczony i bezpłatny dostęp do Internetu. Oczywiście, to zaledwie sto najważniejszych rzeczy, które zrobię. Przysłano do mnie także inne propozycje, które nie znalazły się na powyższej liście. Jednakże są na tyle przydatne, że nie mogłem odrzucić ich całkiem. Dlatego też, w wyrazie wdzięczności wobec ich autorów, zapełniłem nimi... CDN. ---------------------------------------- ---------------------------------------- ---------------------------------------- ----------------------- Nota o prawach autorskich:
This Evil Overlord List is Copyright 1996-1997 by Peter Anspach. If you enjoy it, feel free to pass it along or post it anywhere, provided that (1) it is not altered in any way, and (2) this copyright notice is attached.
AN IMPORTANT NOTE REGARDING THE COPYRIGHT:
This Evil Overlord List grew out of the exchanges on what is now the Star Trek mailing list "shields-up@spies.com", beginning in 1994 (when it was still "startrek@cs.arizona.edu"). We were kicking around cliches that appeared on "Deep Space 9" at the time, and I started to compile a list of classic blunders they were making. The list came to about 20 or so items. In 1995, I decided to try to make it into a Top 100 List. I attached a copyright notice, some friends of mine posted it to a few newsgroups, and the contributions quickly poured in. In 1996 I revised the list entries to their current form, the Web page went up, more contributions were solicited, the list expanded beyond 100 and I had to open up a dungeon. I continued to contribute items; my total is around 40 or so. So while I am the originator, editor, and principal contributor, I certainly did not write the majority of the items on the list -- as may be seen by the sheer number of individuals who are listed as contributors. Around 1997, as the final contributions were coming in, a couple contributors mentioned that this was similar to a list of things not to do if you capture James Bond that had appeared on a sci-fi newsgroup. I'd never heard of or seen this list, so I assumed it was parallel development or perhaps something I had inspired.
On November 12, 2002, I exchanged some emails with Jack Butler who has a list on his website. Sayeth Mr. Butler: "This list has its origins on the now-nonexistent FidoNet Science Fiction and Fandom (SFFAN) email echo, in a discussion regarding a sketch seen on an episode of Saturday Night Live sometime in 1990. In the sketch, several Bond villains were appearing on a talkshow touting their new book, "What Not To Do If You Capture James Bond". The discussion on SFFAN was specifically regarding what advice might be found in that book. The instigator of the discussion was Alesia Chamness; other contributors included Jason Welles, Brian R. Williams, Merideth Knepper, and Alexi Vandenburg. I was also one of its contributors. When I originally posted this list to the Internet in 1994, I did so without any awareness of Mr. Anspach, the Star Trek mailing list on which his version of the list appeared, or (later) his website."
Apparently both lists were compiled during overlapping periods of time. Comparing the two, some items appear on one list but not the other. Other items appear identical to those on this list; since many are the result of my writing or editing, I believe they were taken from this list and posted to that list without permission. But other items on that list appear identical to contributions I received before I edited them. Those items may have been taken from that list and submitted here under false pretenses, or they may have innocently been submitted to both lists by their originators. It appears that as a result of this "cross-contamination", the two lists have arrived at a point where there are variations on each other and it is probably impossible to untangle them. (I would still like to talk with Alesia Chamness. If you know her, please ask her to email me.)
I believe Jack Butler when he says the list on his website is the current form of the James Bond Villain list, and I thank him for helping to clarify matters. Let me state that I had nothing to do with the FidoNet SFFAN list which is firmly in the public domain, and I lay no claim to it. The copyright statement attached to my list applies only to this list, in the form it appears.
20th May 2006
1:51am: Wyłom
Miałam zamieszczać tu tylko teksty własne... Ale jak wszyscy to wszyscy - w końcu mamy demokrację;) Jeśli ktoś rozpozna autora, to zapraszam do wpisania. Cytaty sa bardzo znane. 1. Królestwo za konia! 2. Więcej światła. 3. Nie psuj mi moich kół! (Noli turbare circulos meos) 4. Dwie rzeczy nie mają granic: wszechświat i ludzka głupota. 5. Więcej jest rzeczy na ziemi i niebie, niż się śniło waszym filozofom. 6. Zamknij oczy i myśl o Anglii. 7. A jednak się kręci! 8. Jestem obywatelem świata. 9. Marność nad marnościami i wszystko marność. 10. Bóg nie żyje. 11. Nie zasłaniaj mi słońca. 12. Liczba jest istotą wszystkich rzeczy. 13. Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie? 14. Nie wszystek umrę. 15. Nic ponad miarę. 16. Cogito ergo sum. 17. Panta rei. (Wszystko płynie.) 18. Francja (państwo - pop. Juany) to ja. 19. Wiem, że nic nie wiem. 20. Dajcie mi punkt oparcia, a poruszę ziemię. 21. Carpe diem.
26th March 2006
11:12pm: Wen Nieuczesany, czyli jak popełniłam zbrodnie na samej sobie.
Za oknem już światło, kiedy pojawił się potwór. Rozwalił się na kartonie z sokiem wiśniowym i zastukał piętą w tekturę. - A jednak to zrobiłaś... - No wiesz, nie było wyjścia, bo Su... – Czyżbym się przed nim tłumaczyła?- Dobra, dobra, nie tłumacz się. I tak nikt ci nie uwierzy. – Jak zwykle niegrzeczny. Nieładnie komuś przerywać wpół słowa! - Nie interesuje mnie twoja opinia. Robię to tylko dla Su. – I howgh!- Wmawiaj sobie, okłamuj się. To robisz zdecydowanie najlepiej. - Nie wiem o czym mówisz. - Ależ wiesz bardzo dobrze. Przyznaj się, spodobało ci się. - Absolutnie nie! Siedzę przed komputerem juz trzeci dzień, tracę czas, który mogłabym wykorzystać na tłumaczenie, wymyślam jakieś piramidalne bzdury, za które mnie prześwięcą i przy okazji narażam się rodzinie. Mąż mi grozi rozwodem! Widzisz w tym jakieś pozytywy? - Ja żadnych, ale ty owszem, skoro mimo wszystko nadal to robisz... – Logik się znalazł, potworza jego mać.- Wiesz, to wcale nie miało tak wyglądać – We frazeologii to się nazywa „spuszczanie z tonu”.- Uhm. - To miał być krótki tekścik, najwyżej dwie strony... Taki portrecik nastrojowy... - Ile już masz? - Nooo, jedenaście... - Ile planujesz? - Tyle, co zakładałam na początku. To nie moja wina... - Tak, zwalaj na siły wyższe, zbluzgaj duchowe istoty, pewnie. Kobieto! Czy ty nad niczym nie masz kontroli? Zdrowie ci się sypie, życie rozpada, Wen rozbestwia, dziecko nie słucha... - Ej, przecież w końcu posprzątał! - Po dwóch dniach siedzenia w pokoju! I w ogóle to nie o to chodzi. Weź się w garść, bo zdurniejesz do końca. - Bezczelny!- Czuję się urażona. Przecież tworzę literaturę! - Raczej literatura powinna czuć się urażona. - Nie przesadzaj...- Opowiadanie jest coraz dłuższe, złożone z samych prawie opisów, dialogi ciężkawe, zdania zawiłe, a całość oparta na kanwie powieści dla dzieci. W sumie... – To dla rozrywki! - Ha! Przyznajesz się! Sprawia ci to przyjemność! - Bzdura. Po prostu sobie piszę... - ... i nie możesz przestać. - Zaraz skończę. - Jesteś dopiero w połowie. Wstępu. - Wcale, że nie. Ale przecież muszę niektóre rzeczy wyjaśnić. W końcu to nie powieść. - Drabble też nie. - Samo się robi... - Klawisze też się samoczynnie naciskają? - No bo to coś w rodzaju magii... Przez chwilę potwór patrzy na mnie z obrzydzeniem, a potem kiwa z politowaniem głową. Jest tak źle, że aż mu słów zabrakło?Uparty natręt. Ułożył się wygodnie na skanerze, zgarnął pod głowę „Słownik wulgaryzmów”, przykrył się ściereczką do monitora i zasnął. W cichym mieszkaniu rozlega się głośne stukanie w klawiaturę. Za oknem coraz jaśniej. Jeszcze tylko chwilkę. I tak nie jestem senna... I Wen taki rozbrykany...
21st December 2005
3:06pm: Świat według Freuda
- Miałam sen. Potwór usadowił się wygodniej na monitorze i wbił we mnie ślepia. - Śniło mi się, że miałam gości. - O, to ciekawe. Kto mógłby chcieć do ciebie przyjechać? - Najpierw były tylko Su, Mirriel i Barty. Su siedziała przy moim komputerze, zamknięta we własnym, wirtualnym świecie. - A-cha! Znaczy, że masz poczucie winy. Masz wyrzuty sumienia, że siedzisz tyle przy komputerze. Widocznie nie chcesz się do tego przyznać, więc twoja podświadomość zwaliła wszystko na bogu ducha winną Su. - Bzdura. Słuchaj dalej. Mirri się nudziło, więc wyszłyśmy na balkon pooglądać nowoczesną rzeźbę, którą ktoś postawił sobie na tarasie w bloku naprzeciwko. To była rzeźba cierpiącego na gigantyzm, pozłacanego Myśliciela w ogrodniczkach. Mirri zaczęła się z niego śmiać i facet się zdenerwował. Zlazł z tamtego tarasu i wspiął się na nasz balkon. Wyglądał naprawdę straszliwie. Musiałyśmy uciekać. Złapałam więc kota i zeskoczyłyśmy na taras sąsiadki. On za nami. To był koszmar. Jestem pewna, że facet miał nie po kolei w głowie, bo strasznie głupkowato się uśmiechał. Na szczęście uratowała nas sąsiadka, która najwyraźniej dobrze go znała. Stwierdziła, że nie jest niebezpieczny, tylko się nudzi i czasem straszy ludzi. - Ha! Wylazły z ciebie zazdrość i kompleksy. - Co ty opowiadasz? Nie mam żadnych kompleksów. - Zazdrościsz sąsiadce dużego tarasu, sąsiadowi rzeźby, a Myślicielowi ogrodniczek. Poza tym masz kompleks niskiego wzrostu, pragniesz bogactwa i obawiasz się, że nawet głupkowaty pomnik nie byłby w stanie cię polubić. - Idiotyzm. Sąsiad nie ma żadnej rzeźby. - Nieważne. Wiem, co mówię. Co było dalej? - O widzę, że cię wciągnęło? - Taaa. Uwielbiam zaglądać w chore umysły. To bardzo pouczające. - To zajrzyj w swój. Nigdzie indziej nie zdobędziesz tyle wiedzy, co tam. - Jesteś bezczelna. Mów. - Wróciłyśmy do domu, bo już była pora obiadowa. Barty siedziała w kuchni i przeglądała swoją kolekcję kart z Voldemortem. Na rewersie kart, znajdowały się dykteryjki związane z życiem Czarnego Pana. Barty odczytywała je jak biblię. A my wszystkie chichotałyśmy. Nawet Su, chociaż z kąta komputerowego. Semele i Kubiś też. Widocznie przyszły, jak użerałam się z Myślicielem. - Masz obsesję na punkcie Voldemorta. Ukrywasz ją, oznajmiając wszem i wobec, że podoba ci się Lucjusz, ale to nieprawda. Mówisz tak tylko, żeby nikt nie pomyślał, że jesteś szalona. - Taki z ciebie analityk, jak z koziego zadku trąba. To nie ja mam obsesję na punkcie Voldemorta, tylko Barty. Widocznie naczytałam się za dużo fragmentów jej opowiadań i teraz mi się śnią po dniach. - Tak, pocieszaj się. Sama w głębi duszy zdajesz sobie sprawę, że jesteś wariatką. Nie muszę nawet znać twoich snów, żeby to wiedzieć, więc ty tym bardziej powinnaś być tego świadoma. Ale opowiadaj, opowiadaj, to bardzo zabawne. - Potem z biblioteki wyszedł Pavarotti i Mirri zamknęła się z nim w WC. Nie mam pojęcia jakim cudem, bo teoretycznie nawet bez Mirri, Pavarotti miałby problemy, żeby się tam zmieścić. Może siedziała na półce nad spłuczką... Nie wiem. W każdym razie zaczęli śpiewać „Unforgettable” Nata Kinga Cole`a. Na dwa głosy. Nie sądziłam, że Mirri potrafi tak ładnie śpiewać... Pavarottiemu też się podobało, bo jak wyszli z WC, to poprosił ja o rękę. Ale nic z tego nie wyszło, bo on już miał żonę. Był bardzo rozczarowany. Ale Mirri się niezbyt przejęła. - Taaaak. Wylazła z ciebie wiejska swatka. W dodatku beznadziejna, skoro próbowałaś zeswatać żonatego mężczyznę. Jesteś pozbawiona moralności. Wiesz, że bigamia to przestępstwo? I zboczona. Jak mogłaś podsunąć Mirri takiego absztyfikanta? Na jej miejscu, obraziłbym się na ciebie. - To nie moja wina! Nie kazałam jej się z nim zamykać w WC. Ani śpiewać. Sama chciała. - Przypominam ci, że ona nie miała na to wpływu. To był twój sen. Ujawniający twoje głębokie pokłady okrucieństwa zresztą. Co ty masz do Mirri, żeby jej tak źle życzyć? Zrobiła ci coś? - Nic do niej nie mam. I chyba raczej dobrze jej życzę, skoro znalazłam jej takiego bogatego narzeczonego. Rany... Co ja gadam! W ogóle nie myślę znajdować jej męża. Przestań mi mieszać w głowie! - Wiesz, jeśli o to chodzi, to trudno byłoby ci zaszkodzić. Nawet gdybym użył miksera, to i tak nie będzie już gorzej. - Zaczynam myśleć, że miałeś coś wspólnego z tym snem. Przyznaj się, to ty mi go wyświetliłeś? - Nie łudź się. W snach przemawia twoja podświadomość. Ujawnia wszystko to, co ukrywasz nawet przed samą sobą. - Oczywiście. Moim niespełnionym marzeniem jest założenie agencji towarzyskiej. Nie bądź śmieszny! - Wiesz, to nie taki głupi pomysł. Przynamniej zaczęła byś robić coś konkretnego. I pożytecznego... Chociaż nie. Za takie rajenie, pewnie by cię szybko zamknęli. Prawdopodobnie u czubków zresztą. - Tak, a ty byłbyś moim lekarzem prowadzącym. - Cóż, mam doświadczenie w zajmowaniu się chorymi na umyśle kobietami. Z jedną z nich pracuję już ponad trzydzieści lat. - Wytykanie wieku, to cios poniżej pasa. Grasz nie fair. - W twoim przypadku nie można stosować się do żadnych zasad. Skoro, jak wynika z twojego snu, żyjesz w takim zakłamaniu, to musiałem się dopasować. Ale zbaczasz z tematu. Kontynuuj. - W końcu przypomniałam sobie, że jestem gospodynią i zainteresowałam się Su. Ale ona stwierdziła, żebym się nią nie przejmowała, bo ma dużo pracy i musi siedzieć przy komputerze. Lubię takich niewymagających gości. Na wszelki wypadek zapytałam ją jednak, czy nie jest głodna. Chyba była, bo przez chwilę wymownie milczała, a potem powiedziała, że to nie wypada. Dziwne... Czy ona naprawdę myśli, że nie wypada jeść? - Su w tym śnie, to twoje alter ego. Nie widzisz? Cały czas siedzi przy komputerze i ma jadłowstręt. Cała ty. Poza tym, sama widzisz jaką jesteś beznadziejną gospodynią. - Nie jestem anorektyczką. Jem co najmniej raz dziennie. I nie głodzę gości! Nawet we śnie zrozumiałam przekaz i zaczęłam robić placki ziemniaczane. Tym bardziej, że nagle, w moim salonie pojawiło się trzech żarłocznych, bardzo przystojnych młodzianów, którzy w przerwach dyskusji, jaka toczyli z Mirri na tematy informatyczne, głośno domagali się jedzenia. Robiłam te placki, ale nagle wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli, bo przyszła koleżanka, która w dodatku przyprowadziła moje osobiste dziecko z przedszkola. W południe! I jeszcze robiła mi awanturę, że tak długo trzymam dziecko w przedszkolu. Och, mówię ci, w salonie panował taki chaos! Mirri usiłowała przekrzyczeć tych chłopaków, tłumacząc im działanie jakichś softów i w końcu jeden z nich zrejterował i zaczął mi wyżerać placki z patelni. A przecież placki były dla Su! Biedna, głodna, zapracowana Su... - Nie użalaj się nad sobą. - Nie użalam się nad sobą! Martwię się, że Su przyjechała do mnie z tak daleka i była głodna! W dodatku nie zdążyłam jej nakarmić, bo obudził mnie malarz i kazał wybierać kolor farby do kuchni. Och, jeśli Su mnie kiedyś odwiedzi, to co kwadrans będę jej serwowała przekąskę. - Nie licz na to, że do ciebie przyjedzie. Nie po tym, jak to przeczyta. Będzie się bała, że umrze u ciebie z głodu. Albo że ją będziesz chciała wyswatać. Poza tym, nikt nie lubi, jak atakują go gigantyczne rzeźby w ogrodniczkach. Porzuć wszelką nadzieję, że w ogóle ktoś cię jeszcze kiedykolwiek odwiedzi. Lepiej od razu zgłosić się na oddział psychiatrii, niż spędzić u ciebie choćby jeden dzień. Sam uważam, że przebywanie z tobą to zbyt ciężka kara, jak na grzechy, które popełniłem. A teraz wybacz, jestem umówiony z moim psychoterapeutą. Szefostwo w końcu uznało, że moja praca jest szkodliwa dla zdrowia. Obawiają się o moją równowagę psychiczną. Dostałem dodatek za pracę w trudnych warunkach i talon na wizyty u terapeuty. Muszę się z nim spotykać C-O-D-Z-I-E-N-N-I-E. Włącznie z niedzielami. Chyba wiesz co to oznacza... I zniknął; pozostawiając mnie z własnymi, niezbyt radosnymi myślami. Może też powinnam zadzwonić do swojego psychoterapeuty?
3rd December 2005
12:06am: Rozterki czatowe, czyli młodzi piszą
Z wyrazami uznania dla młodych pisarzy z Forum Mirriel. ------ - Co będziesz robiła? – Mam nadzieję, że spadnie z kanapy, na której się bezczelnie rozwalił. Ha, przynajmniej nie musze go oglądać.- Będę pisała – To brzmi dumnie. - Przecież nie masz za grosz talentu – Wszystkowiedząca żmija!- Nie trzeba mieć talentu, żeby pisać. – W pokoju unosi się opar radosnego zdziwienia. - Nie masz też odwagi. – Mądrala. Sam by coś zrobił. – Co będziesz pisała? - Powieść. Co to do diabła? Złośliwy chichot? Powinien mnie wspierać!- Z czego rżysz? - Z niczego. Zapomniałem, że masz Morze Martwe w miejscu, gdzie osobnicy twego rodzaju posiadają inteligencję. – Widzę, jak mu brzuch rośnie od rozumów. Wystaje już poza oparcie kanapy. - Nie przychodź tu. Kanapa jest wygodna... Nie siadaj na biurku! Zawali się! - Głupia jesteś. – Zagląda w monitor. – Piszesz o mnie? - Tak, chyba rzeczywiście zgłupiałam. - Weź się do jakiejś konkretnej roboty. Wyśmieją cię. - Uch! Chyba wolę to, niż etat. - Ostatnio nie wolałaś. – To nie było pytanie. - Ale dorosłam! Jestem silna i zniosę każdą krytykę. - Szczególnie dobrze uargumentowaną? - Nie wszystkim musi podobać się to samo. – Co to? Niepewność? - Są granice dobrego smaku. – No i dlaczego on się tak paskudnie krzywi? Może ma tiki nerwowe?- Nie, to odruch warunkowy na myśl o twoich wypocinach. – Bezczelny! Łamie konwencję o nie czytaniu w myślach! – Nic mi nie mówisz, muszę sobie jakoś radzić. - Nie musisz. Nie prosiłam cię o to. - Ależ tak! – Pogrzebał w mojej głowie. – Muszę dbać o rozwój ludzkości. Ty stanowisz dla niej zagrożenie. – Wydłubał pęczek pomysłów i zaczął przyglądać się im z obrzydzeniem. – Nuda. Bzdura. Herezja. Plagiat. – Dokładniej pomacał jedną z wizji w formie siewki. – Jesteś zboczona! - Sam jesteś zboczony. Uśmiechasz się! - Bo to naiwne. - Nawet nie wiesz co z tego wyrośnie! - Bo nie wyrośnie. Wiesz co? Idź, nasmaruj się jakimś pachnidłem, pomaluj paznokcie, skorzystaj z mądrych rad fryzjera, poradź komuś jak zlikwidować cienie pod oczami... Jesteś w tym niezła... - Dzięki. Wyciągnął z mojej głowy nową myśl. - Ten opis mojej śmierci, byłby niezły. Ale brakuje ci rozmachu. Masz fatalny styl. - Dobranoc! Procesor zanurzył się w sennych marzeniach. * - Napisałaś już coś? – Nikłe zainteresowanie w oczach widocznych w szczelinie między półką na klawiaturę i blatem. - Tak. Dużo. - Pokaż. – Wypełzł spod blatu i zajął krzesło obok. - Przestań. To nie karuzela! Denerwujesz mnie! Nie mogę się skupić! - I tak nie masz nad czym... - Mam. O! - Co to jest? - Powieść. - Od kogo zerżnęłaś? - Sama wymyśliłam! - Nie. Tylko nie możesz sobie przypomnieć, gdzie to czytałaś – Popatrzył z uśmiechem na swój powiększający się brzuch. - Zabieraj te nogi z biurka! Zaraz spadniesz z krzesła. – Cały czas mam nadzieję. Pomimo, że to niemożliwe. - To jest żałosne. Miałaś rację. Sama to wymyśliłaś. - Zobaczysz, że napiszę! - Może... Przepis na szarlotkę. - Przecież mogę się nauczyć. – Zaczynam jęczeć? No tak, deszcz pada, jestem głodna i pokłóciłam się dzisiaj ze wszystkimi.- Ty? – Jego ton ocieka wiarą w moje możliwości. - Zobacz, ilu ludzi pisze! – Tak, to dobry argument.- Zobacz, ilu maluje obrazy. - To była zła odpowiedź.- Ja nie chcę malować! Chcę pisać! - To rozsądne, że nie chwytasz za pędzel. Ale pióro też zostaw w spokoju. Przynajmniej nie zniszczysz stalówki. - To moja stalówka. Odczep się. - Lepiej kup sobie ciastko zamiast atramentu. Przynajmniej będzie widać efekt.- Ostatni niedopałek nie zmieścił się już w popielniczce. Wylądował na podłodze. – Zastanów się. Masz coś, co dawało by ci nadzieję, że się nie wygłupisz? - Mam... - Nie masz. Nie masz talentu, nie masz pomysłu, nie masz własnego stylu, dobrego stylu. I jesteś leniwa. - Nie jestem! ... Tak piszą w horoskopach... Popatrzył z politowaniem. Mam dość na dzisiaj. Idę spać razem z procesorem. * - Przemyślałaś to? – Zawisł z najwyższej półki nad biurkiem. - Tak. – Może tym razem z popielniczki wyskoczy Dżinn?- To idź pouśmiechać się do jakiegoś dyrektora. Może przyjmie cię na pomocnicę asystentki sekretarki. - Chcę pisać. - Piłaś coś dzisiaj? – Nachylił się wciągając powietrze do nosa. - Nie. - Szkoda, przynajmniej mogłabyś to jakoś usprawiedliwić. - Słuchaj... Nawet Harlequiny drukują... - Czytasz to? - Nie. - No widzisz! Zeskoczył z półki i usiadł na głośniku. Zaczął w milczeniu oglądać sobie paznokcie. Bezmyślny nietoperz! - Może napiszę cos dla Agi... - Możesz. Lubi cię to opublikuje. – Wygrałam z paznokciami. - Innym też się podobało... - Jakim innym? Poza tym, przypomnij sobie, co było ostatnio. - Teraz jestem bardziej pewna... - Czego? Jedyne, czego powinnaś być pewna to to, że nie umiesz pisać. Mentor się znalazł!- Ale widzisz? Znowu chcę pisać! - Nie słuchaj koleżanek. To nie ich nazwisko będzie wisiało na Czarnej Liście Najgorszych Pseudotwórców. - Ha! Nie ma takiej listy! - I tak ci to nie pomoże. Stworzą ją dla ciebie. Będziesz na pierwszym miejscu – oznajmił chłodnym tonem. Wzdycha? Ale jak! Pokój wypełniła fioletowa mgła politowania. - Nie dmuchaj mi tu! Zanieczyszczasz atmosferę! - I tak jest szara od dymu. Wprowadzam tylko nieco koloru. - Nie znoszę cię! - A cóż mi po twojej sympatii? - Apage! Procesor oddycha z ulgą.
1st December 2005
10:46pm: Nocne demonów rozmowy.
O czwartej nad ranem przysiadł na głośniku koło komputera. Czy ten potwór nie da mi chwili spokoju? - Co? Powinnam iść spać, tak? Popatrzył tylko z wyrzutem. W końcu to nie jego wina, że musi się czepiać. - Słuchaj, wiem, że zaraz zacznie świtać. Wiem, że musze wstać o ósmej. Jestem dorosła i świadoma swoich obowiązków. Nie należy mi się chwila przyjemności? W końcu, to moje spanie, moje niewyspanie i mój kac. Skrzywił się. - Zważ, że to ja wysłuchuję potem Twoich jęków przed lustrem. - Nie musisz. Idź sobie. - Myślisz, że siedzenie tutaj to moje hobby? – O, zaczyna się denerwować. Może w końcu się obrazi i pójdzie sobie. Płonne nadzieje. Tak naprawdę, jeszcze nigdy się nie obraził. - To siedź cicho i daj się człowiekowi zrelaksować. Wymowne milczenie. - No i o co ci chodzi? Płacą ci od każdego centymetra moich starganych nerwów? Robię coś złego? No? - Nic. Nie robisz. - Robię. Jego brew uniosła się lekko. Łobuz! - I to bardzo dużo. Czytam. Rozmawiam. Myślę. - Taaaak? – To w jego glosie, to była... ironia? Złośliwy maszkaron! - Tak. Myślę. I sprawia mi to przyjemność. Wielką. - Wymyśliłaś już coś? - Ze znużeniem przymknął oczy. - A co? To jakieś zawody? A może ja tak chcę! – Dwa głębokie oddechy - policzyć do dziesięciu - odrzucić złość. - Nie jesteś sama... – Cóż za odkrycie! - Ale to moje życie! – Oberwał rozżarzonym końcem papierosa. Mógł tego uniknąć... - Tylko na chwile. - Nie musisz mi o tym przypominać! Dlatego właśnie chcę je mieć dla siebie. – Niedogaszony niedopałek zaczął wysyłać sygnały dymne z popielniczki. – Idź już sobie... Jak coś wymyślę, to dam Ci znać. – Znowu to samo. Znowu to ja ustępuję. - Będziesz tu jeszcze siedzieć? – Dalej zasłaniał część monitora. - Nie! Idę spać! Przynajmniej wtedy mnie nie dręczysz. Koniec przyjemności. Procesor oddycha z ulgą.
26th October 2005
6:38pm: Czas życia i czas śmierci
- Jesteś uzależniona – Potwór pojawił się w momencie, gdy z furią zaczęłam kopać w komputer. - NIE JESTEM! – to była negacja dość oczywistego stanu, w jakim się znajdowałam. Potwór rozsiadł się na monitorze i zaczął walić piętami w ekran. - Wyglądasz jakbyś miała atak astmy – stwierdził obserwując mnie uważnie. - Gorąco tutaj. - Na zewnątrz jest ponuro i pada. Wieje chłodny wiatr, a ty masz trzy otwarte okna. - To hormony. - Zapewne... W twoim wieku to się czasami zdarza. - Słu-ch-aj... - Ooo, zaczęłaś się jąkać? Najwyraźniej. To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Każdy by się zaczął jąkać. Siedziałam sobie spokojnie i stukałam w klawisze, tłumacząc następnego fika. Korzystam wtedy ze słowników on-line, tak jest zdecydowanie szybciej. W tle szemrały czatowe rozmowy. Czas płynął leniwie tak, jak leniwie posuwało się moje tłumaczenie. I nagle to się stało... Cios. Prosto w serce. Rozmowy umilkły, słowniki przestały działać, mój umysł także. Nie podejrzewając niczego złego, zaczęłam potrząsać komputerem, kopać modem i walić myszką w podkładkę. Powietrze zrobiło się ciężkie. Weszłam pod stół, żeby walnąć modem w jakieś bardziej newralgiczne miejsce. Cisza. Próżnia. Dysząc ciężko wygramoliłam się z powrotem na fotel i beznadziejnie zaczęłam kopać w komputer. W tym stanie zastał mnie Potwór. - Wiem jak się czujesz... - Nic nie wiesz – to był dość histeryczny wrzask. - ... brakuje ci powietrza, dusisz się. Wydaje ci się, że ściany zbliżają się do siebie, i że zaraz zwalą się na ciebie z hukiem. Robi ci się ciemno przed oczami. Masz wrażenie, że ktoś wyssał cały tlen z pomieszczenia. - Bz-dura – skąd on to wszystko wie?W konwulsyjnym odruchu sięgam po słuchawkę i wykręcam numer providera. Zajęte. Jeszcze raz. Zajęte. Jeszcze raz, i jeszcze... Ciągle nic. Pokój zamienia się w komorę podciśnieniową. Czuje, że moje gałki oczne zaczynają powoli wydostawać się na wierzch. - W dodatku masz nerwicę natręctw. Myślisz, że jak będziesz cały czas kręciła ten sam numer, to twój upór sprawi, że ktoś odezwie się w słuchawce? Nie jesteś jedyna. Pocieszę cię, że nie tylko ty w tej chwili umierasz. Jesteś uzależniona. I to poważnie. Spójrz na siebie. - Nie jestem uzależniona - w wyobraźni pojawia się mój własny obraz: bezmyślny wzrok wlepiony w migające smętnie jedno światełko modemu, trzęsące się ręce, krótki przerywany oddech, piękny, zielonkawy odcień skóry, paznokcie wbite w klawiaturę... Pięknie. Wyglądam jak zombie. I tak też się czuje. W głowie mam pustkę. Och, kiedy to się skończy! I to ja mówiłam, że jestem uzależniona od kofeiny? Kłamałam. Po prostu lubię kawę. Czasem pijam ją rano... codziennie... i popołudniu. I wieczorem. I przepijam Red Bullem. Ale to jeszcze nie uzależnienie! Nigdy nie umarłam jeszcze z braku kofeiny, a teraz? Światełka nadal martwe. Zupełnie jak ja. - Zadzwonię do Justyny! - Miej trochę przyzwoitości, kobieto! Nie dzwoniłaś do niej od roku! - Trudno, jej chłopak pracuje u mojego dostawcy Internetu. Chwila wahania... wypada? - Nie wypada! - Co ty wiesz o manierach?! Odczep się. Trzeba dbać o znajomych. Czyli dzwonić do nich i rozmawiać z nimi. Każdy powód jest dobry. Martwy modem to najlepszy z możliwych. Dzwonię. „Cześć Justyna, działa ci Internet?” „A mogłabyś tak zrobić, żeby zadziałał?” „Robert jest na meczu?” Cholerna piłka nożna. Idiotyczny sport! Powinni tego zabronić!„Zadzwoń jak się czegoś dowiesz, to papa”. - To było nieprzyzwoite. Przestań się tak gapić w ten modem. To nie sesja hipnozy. - Po prostu sprawdzam czy prąd jest... – nadal jedno zielone światełko. Jedno... Tylko jedno! Kochany, miłości mojego życia! Modemie! Ile wart jesteś, ten tylko się dowie, kto cię stracił... Umieram... - Klasyczny napad lęku. Powinnaś się leczyć. Następnym razem dostaniesz apopleksji i umrzesz. W sumie, nie byłaby to taka strata dla ludzkości. Nie mam siły się kłócić. Niedobrze mi. Palce nie trafiają już w klawisze. Obok leży truchło myszy. Mam skurcz w szyi, modem jest martwy. Ja także. Czuję suchość w ustach. Krew przestała krążyć w żyłach. Tak wygląda śmierć? Poeci kłamią! Provider kłamie! Miało być bezawaryjnie! Ból zaczyna odpływać... otępienie... Jeden migoczący punkt... Tracę kontakt z rzeczywistością. I wszystkimi ludźmi na końcach kabla... Jestem samotna! Umrę nie zauważona. W proch się obrócę niewidoczny...- Przesadzasz. To normalne uzależnienie od Internetu. Biorąc pod uwagę twoją skłonność do popadania w nałogi, należało się tego spodziewać. Popatrz na to od dobrej strony. Rak płuc, wrzody żołądka i marskość wątroby to umieranie w męczarniach. A ty po prostu zaraz się udusisz. Szybka i prawie bezbolesna śmierć. - Jeeeeeeest!!! - Wariatka. Usłyszą cię w Poznaniu. Lepiej poszukaj tego numeru do psychoterapeuty. - Zgłupiałeś? Kto ma czas na jakieś terapie. Działa! Żyję! Przeżyłam własną śmierć i błyskawiczną rekonwalescencję. Ceremonię mojego zmartwychwstania przeprowadził najpotężniejszy nekromanta na świecie. Modem miga tysiącem świateł. - JA ŻYJĘ! Potwór patrzy na mnie z niesmakiem i znika. Wen pojawia się błyskawicznie i zajmuje swoje miejsce na biurku. Jest pełen werwy i zapału do pracy. Pewnie też jest uzależniony...
27th September 2005
9:38pm: W poszukiwaniu straconego Wena
Dla Mirriel i Kubisia ;) I gdzie ten Wen?! Trzy godziny temu wyszedł po papierosy i nie wrócił... Kłamca! Zdradza mnie. Ma kogoś. Pewnie świetnie się bawi, podczas gdy ja tu siedzę, bezmyślnie gapię się w znaczki, które starożytni określili mianem liter, i w głowie mam kosmiczną próżnię. To szczyt podłości!Potwór pojawił jak zwykle - nagle. Usadowił się w rogu monitora i uśmiechnął się bezczelnie. - Co? Uciekł od ciebie? - Tpdłkrtro. - Cóż, to było do przewidzenia. Nie jesteś dobrą gospodynią -? - Och, nie udawaj, że nie wiesz. On musi się czymś żywić. A z niczego to i Goethe nic nie stworzy...hehehe. - Wynoś się! - Uważaj, bo zostaniesz zupełnie sama. Samotna kobieta, opuszczona przez Wena, swój wewnętrzny głos... - Skoro już przyszedłeś mnie denerwować, powiedz przynajmniej co mam robić?! - Poszukaj go. - Gdzie? - Najlepiej w jakiejś zapadłej dziurze twojego umysłu. - Chyba kpisz? - A co? Myślisz, że kupuje papierosy w supermarkecie? Zakamarki umysłu tonęły w mroku, z rzadka rozświetlanym pojedynczym błyskiem kaganka, migoczącego słabo z jakiejś ledwo żywej komórki. Po ścieżkach niemrawo snuły się urywki zdań, oderwane myśli, zagubione słowa i stracone sensy. Było zimno. Rozgałęzienia pni nerwowych trwały w bezruchu. Nawet najlżejsze machnięcie skrzydła skarłowaciałego pegaza nie poruszało powietrzem. Momentami, ciszę przerywał łabędzi śpiew duszy. Co jakiś czas, dało się słyszeć huk otwieranych drzwi, a z wnętrza pokrytych szarą substancją budynków, buchały odgłosy szalonej gonitwy myśli, złorzeczenia przegrywającej w ruletkę bogatej wyobraźni i opary endorfin. Trwało to sekundę, zaledwie tyle, ile trzeba, żeby wnętrze wypluło następny, nietrafiony pomysł. Pomysł podnosił się chwiejnie i dołączał do chaotycznego pochodu niespełnionych marzeń. Wszystko to przypominało jakieś slumsy. Cóż, biorąc pod uwagę specyficzne upodobania mojego Wena, było to miejsce, gdzie powinnam go szukać.Kolejne drzwi otworzyły się z trzaskiem i następny pomysł znalazł się na bruku. W tej samej chwili, usłyszałam stłumiony, ale bardzo znajomy głos. Mój Wen! Ochroniarz był łysy, miał wielki kark i koński zad. To pewnie wynik wczesnej fascynacji mitologią grecką. Zmierzył mnie wzrokiem, skrzywił się i niechętnie kiwnął głową. - Jest na górze – powiedział posyłając mi wymowne spojrzenie. No tak, trudno żeby mnie tu nie znali... Nie żebym była stałym bywalcem takich miejsc, ale w sumie byłam właścicielem tej rudery. Na górze. Hm... Na górze zwykle są bardziej wyspecjalizowane pomieszczenia, dla stałych klientów... Wyspecjalizowane! Cóż on tam robi?!Im bliżej piętra, tym ładniej. Zaplute, wyszczerbione schody, po których zaczęłam wychodzić, zamieniły się w granitowe stopnie wyłożone puszystym dywanem. Pokryte gładką tkaniną ściany, ozdabiało kilka niezłych obrazków. Ech, gdyby nie dwie lewe ręce, mogłabym takie narysować. Przy końcu schodów znajdowały się zdobione fantazyjnym ornamentem, drewniane drzwi. Klamka w kształcie węża? Zaraz po wejściu zatrzymał mnie Dumbledore. Dumbledore?! Był wyraźnie zdenerwowany. - Och, dobrze, że jesteś! Co to się porobiło! Twój Wen wpadł tu parę godzin temu i rujnuje mi szkołę! Moja zacna placówka zamienia się w gniazdo rozpusty i deprawacji. Musisz coś z tym zrobić! A co ja mogę? Ja tu tylko tłumaczę... To nie moja win,a że wyobraźnia niektórych twórców zbacza ze ścieżek cnoty...Wielka sala faktycznie przypominała luksusowy dom publiczny. Ściany w kolorze starego wina, kryształowe kandelabry, zasłony z ciężkiego brokatu; meble obite tłoczonym aksamitem, posągi (nagich!) młodzieńców i dziewic (eee...?) w wyuzdanych pozach, rzeźbione hebanowe stoliki uginające się pod ciężarem trunków; malowane na płótnie sceny z życia nimf i satyrów, miękkie dywany, wielkie jedwabne poduchy na podłodze... Atmosfera była gęsta od dymu kadzideł... w każdym razie od dymu, i przesycona erotyzmem. Z ukrytych głośników sączyły się dźwięki Jacksonowskiej „Rozpustnej Diany”. Wszędzie, na kanapach, fotelach, krzesłach, na podłodze, a nawet stolikach, obściskiwały się pary... uczniów i personelu z Hogwartu! Rotacja konfiguracyjna następowała bardzo szybko. Malfoy senior, porzucił towarzystwo zarumienionej Cho i ruszył w kierunku rozpartego na sofie Filcha. Harry Potter opuścił Minerwę, minął obojętnie Kingsleya Shacklebolta trzymającego w objęciach Croucha juniora, chwycił za rękę profesor Sprout i pociągnął ją w kierunku stojącego pod oknem szezlongu. Snape wstał z fotela zrzucając z kolan Flitwicka i w drodze do bijącej wierzby niemal potknął się o Krzywołapa, który miaucząc „Będziesz mój!” ścigał chichoczącego Parszywka. Pod sufitem, kołysząc się sennie w rytm muzyki, lewitował, całowany namiętnie przez dementora, Irytek. Na środku Sali, w wielkim dyrektorskim fotelu palił cygaro - On. Mój Wen!Z wyraźnym zadowoleniem, zupełnie nie skrępowany moją obecnością, przyglądał się temu pandemonium grzechu. Co jakiś czas, leniwie podnosił do ust kryształowy kieliszek i z rozkoszą sączył znajdujący się w nim, fioletowy płyn. Pięknie! I to ma być uosobienie wzniosłego natchnienia! Dewiant!- Zatęskniłaś za mną? – uśmiechnął się obleśnie. - W tej chwili marsz do pracy! Ty... ty zdemoralizowany obiboku! - Nie chce mi się. A jeśli chodzi o to – wskazał ręką gdzieś pomiędzy spitą do nieprzytomności Hermioną, a wąchającym klej Cedrikiem. – to twoja wina. - Proszę?! - No wiesz, ostatnio przestałaś czytać porządne fanfiki. Nic tylko tłumaczysz to marne romansidło. A ja mam swoje potrzeby... Duże potrzeby... Specyficzne... Muszę sobie jakoś radzić – założył nogę na nogę i zrobił minę „Nigdzie się stąd nie ruszam”. Hm... groźbą tu chyba nic nie wskóram. Gotów się jeszcze śmiertelnie obrazić i zostać tutaj na zawsze. A wtedy koniec z moją, nie rozpoczętą jeszcze, karierą literacką. Może uda się go jakoś zwabić podstępem.- Weniku... przysięgam, że jak skończę Szczura, to zabierzemy się za tłumaczenie scen z życia w Sodomie, albo Gomorze... - Obiecanki cacanki.. - Nie, naprawdę, poproszę Mirriel, albo Kubisia... na pewno znajdą nam coś... pikantnego. - Hm...Mirriel, mówisz, Kubiś... Ile ci zajmie skończenie tego? - Jak ktoś nam będzie przynosił papierosy... i nie będziemy jeść obiadów, to.. ze trzy tygodnie. - Za długo. - Nie żartuj! Nie mogę spać krócej niż sześć godzin na dobę. To niemożliwe! - Kupuj więcej napojów energetycznych. - Nie ma! Jeden sklep nieczynny, a w drugim cały zapas wykupują w ciągu jednego dnia! - To czego ty ode mnie chcesz? Jak ja mam pracować w takich warunkach? Mało kofeiny, mało glukozy, mało seksu... Zastanów się kobieto. To wyzysk nie praca. Nie pisze się na to. - Weniku, kochany, najwspanialszy... - Obrażasz mnie. - Słuchaj, zaraz pójdę do sklepu, kupię duuużo napojów energetycznych, piwa, papierosów, a wieczorem poczytam ci jakiegoś slasha, zgoda? Wrócisz? - Nooo, może. Zobaczę. W sumie, przyzwyczaiłem się do twojego beztalencia, jęków nad każdym zdaniem i mozolnie wklepywanych zlepków słów. No, idź do sklepu, pogadamy potem. I pamiętaj o slashu, bo następnym razem nie wrócę. Potwór czekał. Rozsiadł się w fotelu, wywalił nogi na biurko i siorbał kakao. Zachowuje się jakby był u siebie w domu!- I co? Wróci? - Nie mam teraz czasu. Lecę do sklepu. Muszę kupić papierosy, i piwo, i coś z glukozą i kofeiną... - Acha, ciekawe czym go przekupiłaś. Będziesz czytała de Sade? Oglądała Lody na patyku? Pójdziesz na Chippendalesów? - To nie moja wina, nikt sobie Wena nie wybiera! Nie wiem dlaczego akurat mnie się trafił taki... Przecież byłam grzeczna... - Głupi ma zawsze szczęście. - Wiesz, nie oberwiesz tylko dlatego, że nie mam czasu się teraz z tobą bić. Jestem umówiona na wieczór. I lepiej, żeby cię tu nie było jak wrócę. A teraz wybacz, musze się włamać do skarbonki dziecka. ***
Powered by LiveJournal.com
|
|